środa, 9 stycznia 2013

House at the end of the street (2012)...


House at the end of the street, film, który w polskich kinach nie doczekał się jeszcze premiery, a do którego scenariusz napisał David Loucka (autor scenariusza do Domu snów, niezłego thrillera z Danielem Craigiem w roli głównej), miał być, według wszelkich opisów, przerażającym horrorem, opartym na miejscowej legendzie. Określiłabym go jednak jako thriller psychologiczny i to nawet całkiem niezły.


Historia opowiedziana w filmie oparta jest na miejskiej legendzie, jakoby pewnej nocy trzynastoletnia Claire Anne zabiła swoich rodziców i uciekła do pobliskiego lasu, w którym nadal żyje. Jedynym ocalałym jest jej starszy brat Ryan (Max Thierot), który akurat przebywał poza domem. Teraz, kilka lat po tych wydarzeniach, ponownie się tam wprowadza. Zaś do domu po drugiej stronie ulicy wprowadzają się Elissa (Jennifer Lawrence) wraz z matką Sarą (Elizabeth Shue). Wszystko zaczyna się komplikować kiedy Elissa postanawia zaprzyjaźnić się z Ryanem.


Wielkim minusem House at the end of the street jest fakt, że film naprawdę długo się rozkręca. Jednak zakończenie okazuje się być warte przeczekania pierwszej połowy, a nawet 2/3 filmu. Bardzo mocno zostają rozbudowane postacie, które przedstawiono tu z każdej możliwej strony. Nawet matka Elissy to bardzo rozbudowana postać. Poznajemy jej pobudki, powody, dla których nie ufa córce. Jest ona pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń, co w thrillerach i horrorach zdarza się rzadko. Zazwyczaj rodzice w takich filmach są jedynie postaciami pobocznymi, mało ważnymi dla rozwoju wydarzeń.


Wydarzenia ukazane w filmie od początku są wielką zagadką. Najpierw zastanawiamy się dlaczego właściwie Carrie Anne zabiła rodziców (swoją drogą kto daje córce imię po słynnej dziewczynie z książki Kinga, która zabiła własną matkę). Kiedy Ryan opowiada Elissie swoją historię wydaje nam się, że już poznaliśmy powód, z czasem okazuje się jednak, że bardzo się myliliśmy. Zastanawiamy się więc co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami domu Ryana. I znowu. Film pokazuje nam rozwiązanie tej zagadki, które później okazuje się niesamowitym nieporozumieniem. Zaczynamy poznawać „prawdziwą prawdę” dopiero ok. 30 minut przed końcem filmu. I to nie wszystko naraz, ale fragment po fragmencie. Jednak do samego końca, aż do ostatniej sceny brakuje nam wszystkich elementów układanki. Ostatni element otrzymujemy dosłownie w ostatniej scenie przed napisami końcowymi, a wtedy wszystko w naszych głowach zaczyna układać się w całość.


Aktorstwo jest w House at the end of the street przeciętne. Prócz świetnego Thierota i niezłej Lawrence nikt się specjalnie nie wyróżnia. Nawet Elizabeth Shue, która teoretycznie mogła zaprezentować naprawdę dużo, w praktyce pokazała niewiele. Lawrence może i jest dobrą aktorką, ale tutaj tego nie pokazała. Zabrakło mi czegoś w niej samej, jak i w postaci, którą grała. Nie była jednak do końca głupią blondynką uciekającą przez las przed zabójcą, po drodze potykając się o każdy kamyk (choć raz potknęła się o własne nogi), a to się ceni. Za to Max Thierot to z pewnością aktor, którym warto się zainteresować. Grywa raczej w mało znanych produkcjach. Ma jednak wielki potencjał, żeby zostać wybitnym aktorem (ma dopiero 24 lata, więc ma na to jeszcze trochę czasu). Jego Ryan w    to rola wspaniała, zdecydowanie wybijająca się ponad wszystkich pozostałych aktorów.


House at the end of the street to zdecydowanie nie film dla każdego. Nie zrażajcie się jednak tym, że portale filmowe podają, że jest to horror. Ja z zasady nie oglądam filmów zaklasyfikowanych jako horror sama, gdyż jestem raczej bojaźliwą osobą, a ten byłam w stanie obejrzeć sama, a nawet nie mogłam doczekać się zakończenia. Jak już pisałam wcześniej jest to thriller o mocnym zabarwieniu psychologicznym, i to niezły thriller.

Ocena: 5+/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza