...

wtorek, 25 grudnia 2012

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (2012)...


Do obejrzenia tego filmu nie trzeba było mnie specjalnie przekonywać. Zanim poszłam na niego do kina nie widziałam nawet trailera. Co mnie do niego zachęciło to osoba reżysera oraz aktorzy. Wes Anderson to najbardziej pozytywny reżyser jakiego znam. Choć jego filmy nie są proste w odbiorze i nie traktują o błahych, a raczej o poważnych sprawach to jednak są one naprawdę przyjemne, a po ich obejrzeniu jeszcze długo utrzymuje się na naszej twarzy uśmiech. Mogę wymienić chociażby takie filmy jak Genialny klan czy Pociąg do Darjeeling. Poza tym Anderson jakimś dziwnym trafem przyciąga do siebie świetnych aktorów, których nazwiska zdecydowanie zachęcają do obejrzenia filmu.


Dwójka dzieciaków, nielubiany przez wszystkich skaut - sierota i zaniedbywana przez rodziców dziewczynka poznają się przypadkiem pewnego lata w kościele. Od razu wpadają sobie w oko i zaczynają pisać do siebie listy. Ich korespondencja doprowadza do postanowienia - uciekamy. Suzy z domu, Sam z obozu dla skautów. W pogoń za nimi podążają rodzice Suzy, harcmistrz wraz z pozostałymi skautami, kapitan lokalnej policji oraz kobieta z opieki społecznej.


Aktorzy są tu fenomenalni. Zacznijmy od tytułowej pary, czyli Suzy i Sama. Dwoje młodych (14 lat), nieznanych nikomu aktorów, Jared Gilman i Kara Hayward, zagrali swoje role genialnie. Poza tym wykazali się nie lada odwagą zgadzając się na debiut aktorski w takim filmie. Ich postaci to zakochana para nastolatków, którzy pragną oderwać się od otaczającego ich świata i pozostać tylko we dwoje w stworzonym przez siebie zakątku. Aktorzy oddali to doskonale, są w swojej grze niezwykle przekonujący. Poza tym, co chyba najważniejsze, nie zniknęli gdzieś w tłumie pomiędzy starszymi i bardziej doświadczonymi aktorami. Wręcz przeciwnie. Wydaje się jakoby starsi byli w filmie Andersona jedynie nie jako obowiązkowym dodatkiem do tej historii, w której równie dobrze mogłoby ich nie być. Nie byłaby to jednak wtedy opowieść o miłości z przeszkodami, a raczej o miłości spełnionej w każdym calu. Rodziców Suzy zagrali, występujący już kilkakrotnie u Andersona, Bill Murray oraz, widziana przeze mnie ostatnio we Wszystkich odlotach Cheyenne'a, Frances McDormand. Murray jest dla mnie mistrzem w swoim fachu. Uwielbiam wszystkie jego role, a do roli ojca - prawnika, który nawet nie zauważył, że jego córka zniknęła, pasuje idealnie. Nie mam także nic do zarzucenie Frances McDormand, która urzeka swoim rządzeniem się. Jest ona swoistym panem domu. I jakże zabawne jest jej nawoływanie przez megafon ilekroć pragnie porozumieć się z kimś w domu, kto jest od niej oddalony przynajmniej o jeden pokój. Edward Norton, który wcielił się w rolę harcmistrza Warda to harcmistrz z krwi i kości. Zabawny, gra go przecudownie. I tak jak do tej pory kiedy widziałam Nortona na ekranie myślałam Hulk (choć wolę go w innych rolach), tak od tej pory widzę tego harcerzyka w krótkich spodenkach, próbującego zapanować nad grupą skautów i uczynić ich sobie posłusznymi, palącego jednego papierosa za drugim. Istną ironią było obsadzenie w roli kapitana policji Sharpa, aktora, który kojarzy się widzom głównie z kinem akcji, Bruce'a Willisa. Powiem szczerze, że tej roli obawiałam się najbardziej. Okazało się jednak, że zupełnie nie potrzebnie. Willis bowiem zagrał idealnie karykaturę postaci odgrywanych przez siebie w poprzednich filmach. Policjant z Moonrise Kingdom (wybaczcie mi, ale wolę jednak tytuł oryginalny) to niezdara, nie mający nic wspólnego z mężczyzną, który już nie raz ratował świat przed zagładą. Zachwyca także Tilda Swinton jako Opieka Społeczna, bo tak sama siebie przedstawia. Choć odgrywa w filmie niewielką rolę, raptem trzy kilkuminutowe epizody, to jednak wnosi do niego powiew "zła", jeśli tak to mogę nazwać. Staje się istną przeciwnością losu, stającą na drodze miłości nastolatków. Przypomina mi ona tutaj trochę złą Babę Jagę z bajki o Jasiu i Małgosi. Wkracza nagle i nieoczekiwanie w świat młodych zakochanych, chcąc zburzyć ich sielankę i zabrać Sama do okropnego domu dziecka, gdzie będzie cierpiał katusze, gdyż już nigdy żadna rodzina nie będzie chciała go przygarnąć (po opisie domu dziecka w filmie Andersona taki właśnie obraz pojawił mi się w głowie). Nie można również zapomnieć o genialnym Jasonie Schwartzmanie, który, choć miał do zagrania tylko mały epizod, jak zwykle dał z siebie wszystko i udowodnił, że mimo wszystko jest dobrym aktorem.


Zachwyca w Moonrise Kingdom scenografia, typowa zresztą dla Andersona. Bajkowe, urocze i w pewnym sensie trochę infantylne - to słowa, które opisują kolory, krajobrazy, stroje, które widzimy na ekranie. Ten niesamowity klimat przenosi widza na nieco ponad półtorej godziny w kolorowy świat dzieciństwa, w którym wszystko jest możliwe - nawet miłość od pierwszego wejrzenia aż po grób.
A wyznanie miłosne Sama i Suzy to jedna z najlepszych i najbardziej zapadających w pamięć scen w całym filmie.


Moonrise Kingdom to film, który przyciąga nazwiskami aktorów, dla zaznajomionych także nazwiskiem reżysera. I dobrze. Bo dzięki temu ci, którzy pójdą na film Andersona jedynie dla, dajmy na to, Bruce'a Willisa zobaczą piękny, niezwykle pozytywny film, dzięki któremu będą uśmiechali się cały dzień. Film o dziecięcej miłości, ale jakże dojrzałej, jakże "dorosłej". Film, który zasługuje na wyróżnienie nominacją do Oscara. Jest w nim oczywiście trochę niedociągnięć (głównie w scenariuszu), jednak jest to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów roku 2012.

Ocena: 8/10

1 komentarz:

  1. W tym filmie mamy szansę zobaczyć popis aktorstwa - nawet osoby, która mają króciutkie role, rzuciły mi się w oczy (np. Tilda Swinton). Mówiąc krótko jest to bardzo sympatyczny dla oka film, kolorowy, bajkowy - jeden z najlepszych w tym roku. Pozdrawiam i zapraszam do siebie na recenzję bardzo optymistycznego filmu "Połów szczęścia w Jemenie" :D

    OdpowiedzUsuń