...

sobota, 7 września 2013

Opowieść o pewnym dupku, czyli niemal świeżo po seansie Jobsa...


Nie jestem fanką Apple. Nie wiem co ludzie widzą w tym takiego wspaniałego. Może dlatego, że nigdy w życiu iPoda, iPada czy innego wyrobu firmy pana Jobsa w rękach nie miałam. Nie to, żebym nie wiedziała kim Steve Jobs jest. Widziałam nawet kilka jego przemówień jakichś. Nie zainteresowały mnie one jednak aż tak, żeby sięgnąć po jego biografię, która się jakiś czas temu ukazała. Czemu więc poszłam na film? Po pierwsze - nie miałam nic do stracenia, bo bilety miałam za darmo na dowolny film pokazywany w tym tygodniu w kinie Charlie w Łodzi. Złożyło się tak, że poszła ze mną młodsza siostra (świeża licealistka), która jest drugim powodem (a dokładnie jej wybór), dlaczego poszłam właśnie na jOBSa (czy jak to się tam pisze).



Film przedstawia fragment biografii Steve'a Jobsa mniej więcej od czasu rzucenia studiów do momentu kiedy to, pierwotnie wyrzucony z własnej firmy, zostaje poproszony o powrót na dawne stanowisko. I właściwie tyle. Ot, cała fabuła. Swoistą klamrą dla filmu są dwa wystąpienia starego Jobsa. Zaczynamy od pokazania światu iPoda, a kończymy ujęciem Jobsa nagrywającym... Właściwie nie wiem co. Dla mnie to wyglądało jak reklama, ale radiowa. Co to było, nie zostało wyjaśnione (jeśli zostało to w taki sposób, że tego nie zauważyłam).



Wielu z tych, którzy film widzieli powie, że to film dobry i że nie mam racji pisząc to co zaraz napiszę. Pamiętajcie jednak, że patrzę na film nie pod kątem jego tematu, ale pod kątem filmu samego w sobie. A ten pozostawia wiele do życzenia. Zacznijmy od samego początku. Film zaczyna się, jak już wcześniej pisałam, od pokazania światu iPoda. Następnie przenosimy się wstecz o kilkadziesiąt lat. Widzimy Jobsa na uczelni, potem w łóżku z jakąś dziewczyną. To jest jeszcze OK. Potem zaczyna się gmatwać. Bo pokazane mamy jedynie urywki z jego życia - Jobs na łące, w Indiach, w domu, w Indiach, na łące i tak w kółko przez ładnych parę minut. Kiedy się wreszcie zatrzymujemy młody Steve pracuje dla Atari i prosi o pomoc swojego dawnego przyjaciela - Steve'a Wozniaka. Nie wiemy skąd się znają, ani dlaczego zadzwonił właśnie do niego. Potem sprawy toczą się w miarę szybko. Jobs zakłada Apple. Przez mniej więcej 2/3 czasu film jest dość ciekawy. Potem robi się nudny jak flaki z olejem, a ja patrzę co chwilę na zegarek wyczekując końca.



Największym moim zarzutem wobec tego filmu jest jego fragmentaryczność. Sceny są powyrywane z kontekstu. Nie wiemy skąd Jobs zna się z Wozniakiem, jakie łączyły ich kiedyś relacje. Ostatni raz widzimy Jobsa ze swoją dziewczyną jeszcze na studiach, a tu nagle ona przychodzi do niego po kilku latach i mówi mu, że jest z nim w ciąży. No przepraszam bardzo, ale czemu? To samo z przemianą Jobsa. Zwalniają go z Apple, a kilka lat później to już niemal inny człowiek. Czemu? Co spowodowało tą przemianę? Ten kto się życiem Jobsa interesował i czytał jego biografię, nie będzie miał większego problemu z umiejscowieniem tych scen. Dla mnie, osoby, która tej biografii nie zna, brakowało wiele, ważnych dla mnie, scen.



Na plus na pewno zasługuje aktorstwo. Ashton Kutcher pokazuje w Jobsie, że właściwie to potrafi nawet nieźle grać. Jeśli włączycie sobie którąkolwiek z konferencji Steve'a Jobsa, zobaczycie, że Kutcher naśladuje go niemal we wszystkim. Niektórzy powiedzą, że to zwykłe naśladownictwo, że każdy to potrafi, ja jednak uważam, że nie dość, że Kutcher rzeczywiście wygląda jak młody Jobs, to w dodatku całkiem nieźle go gra. Podobno Aaron Sorkin przygotowuje swoją wersję filmowej biografii Steve'a Jobsa i sądzę, że Kutcher świetnie by się sprawdził w tej roli ponownie, tylko że w lepszym filmie (jakim to film napisany przez Sorkina zapewne będzie).



Co mi się jeszcze bardzo w oczy rzuciło to to, że Jobs w filmie Sterna się nie starzeje. Ciągle wygląda tak samo. Postarzony jest jedynie w pierwszej i ostatniej scenie. W pozostałych wciąż wygląda na czterdziestolatka. Nie wiem czyja to właściwie wina, bo po innych postaciach widać efekty starzenia się. Tylko Jobs pozostaje wiecznie młody. Irytowało mnie to w filmie okropnie.



Podsumowując, film o Jobsie powstał zdecydowanie za wcześnie. Mam wrażenie, że jego twórcy chcieli jak najszybciej nakręcić ten film, za jakiekolwiek pieniądze, licząc na to, że fani Apple i tak na niego pójdą. Z jednej strony mieli rację, bo film już dawno im się zwrócił. Z drugiej strony - czy nie lepiej byłoby poczekać na większe fundusze, poprawić scenariusz i zrobić film, który zamiast dwóch ciągnących się niemal w nieskończoność godzin, będzie trwał dwie, a nawet dwie i pół godziny, ale zapełnione porządnym materiałem? O Jobsie wprawdzie się sporo dowiedziałam (w większości to, że był okropnym dupkiem względem nie tylko obcych ludzi, ale także przyjaciół czy nawet rodziny), jednak wolałabym żeby przedstawione to zostało w lepszym formacie. 



Dlaczego warto zobaczyć?
- żeby sprawdzić czy Ashton Kutcher rzeczywiście potrafi grać
- żeby dowiedzieć się co nieco o twórcy Apple

Dlaczego nie warto zobaczyć?
- bo to naprawdę średni film
- bo trwa długo, a tak naprawdę niewiele treści w sobie zawiera


Ocena: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz