...

środa, 1 maja 2013

Holy motors (2012)...

Recenzja może zawierać śladowe ilości spoilerów, które jednak nie powinny przeszkadzać w odbiorze filmu :) 


Film rozpoczyna się ujęciem śpiącej w kinie widowni. Po chwili przenosimy się do bliżej nieokreślonego pokoju. Reżyser filmu, Leos Carax, budzi się jakby z koszmaru, wstaje i podchodzi do ściany. Palcem, który jest jednocześnie kluczem, otwiera drzwi ukryte gdzieś za tapetą. Jego koszmar ciągnie się dalej – reżyser stoi na balkonie widowni w kinie i patrzy na siedzących niżej ludzi. Film ma budowę klamrową – zaczyna i kończy się motywem snu.


O czym jest Holy motors? Główny bohater – monsieur Oskar (w tej roli genialny Denis Lavant) – jeździ po Paryżu, wyjętą wprost z Cosmopolis, białą limuzyną. W ciągu dnia odbywa mnóstwo spotkań – jedno po drugim, właściwie bez dłuższej chwili wytchnienia. Spotkania, to jego kolejne prace, role, w które Oskar się wciela. Role te dzielą film na sekwencje, które razem tworzą film wielogatunkowy. Mamy tu po trochu wszystkiego – trochę dramatu (sekwencja z żebraczką, ojcem i córką bądź umierającym wujkiem), science-fiction (Oskar jako aktor morion picture), teledysku (akordeonista), musicalu i romansu (fragment ze spotkaną przypadkiem dawną miłością). Poszczególne sekwencje przerywane są krótkimi scenami rozgrywającymi się w limuzynie. I podobnie jak w Cosmopolis, tak i w Holy motors, limuzyna jest dla Oskara niczym dom – to tu znajdują się wszystkie potrzebne mu rzeczy, tutaj je, śpi i przygotowuje się do kolejnych spotkań.


Monsieur Oskar jest w gruncie rzeczy aktorem, który w swoich kolejnych pracach-spotkaniach wciela się w kolejne role: starej żebraczki, aktora morion Picture, pana Merde (cokolwiek to oznacza, nie widziałam poprzednich filmów Caraxa, więc nie wiem dlaczego tak, a nie inaczej się ta postać nazywa), ojca odbierającego córkę z imprezy, akordeonisty, mordercy i ofiary, umierającego wujka, dawnego kochanka (choć to nie do końca jest rola, raczej przypadkowe spotkanie z dawną miłością – na ile jest ono prawdą, a na ile fikcją, możemy się tylko domyślać) oraz głowę rodziny małp. Oskar jest wręcz ucieleśnieniem aktora – nawet zabity, nie umiera. Zapytany przez pracodawcę, dlaczego wciąż pracuje „w swoim fachu” odpowiada, że dla „piękna samego aktu”. Podobnie my w swoim codziennym życiu odgrywamy różne role i przywdziewamy na twarz symboliczne maski – inną dla rodziny, inną dla przyjaciół, etc.


W Cosmopolis bohater grany przez Roberta Pattinsona zastanawia się, gdzie znajdują się wszystkie limuzyny w nocy, gdy nikt nimi nie jeździ. Holy motors daje nam na to pytanie odpowiedź – limuzyny, którymi jeżdżą ludzie podobni Oskarowi, śpią (i to w znaczeniu dosłownym) w zamkniętym parkingu o nazwie Holy motors.

Co mnie w filmie uwiodło? Po pierwsze aktorstwo. Nie oszukujmy się – jest to sztuka jednego aktora. Wszyscy pozostali to jedynie tło. Poza głównym bohaterem są tylko trzy osoby, na które w jakimkolwiek stopniu zwraca się uwagę: szofer (czy powinnam raczej powiedzieć szoferka?) Oskara – Celine (Edith Scob), dziwna (aczkolwiek urzekająca) modelka – Kay M (nie lubiana przeze mnie Eva Mendes) oraz dawna miłość (i koleżanka po fachu) Oskara – Eva Grace (Kylie Minogue). To Oskar jest najważniejszą w filmie postacią i (chcąc, nie chcąc) to właśnie on jest cały czas w centrum naszej uwagi. A Denis Lavant w tej roli jest genialny. Zauważyć należy, że w gruncie rzeczy nie jest to jedna rola, a raczej 8 (czy 9, nie wiem, zgubiłam już rachubę). I w każdej jest tak samo przekonujący. Gdybyśmy nie widzieli jak się przebiera i jak wysiada z limuzyny w drodze na kolejne spotkanie, to w kilku rolach moglibyśmy go nie poznać. Co przenosi nas do punktu drugiego, a mianowicie – charakteryzacji. W dzisiejszych czasach nie jest wielkim problemem sprawić, żeby ktoś wyglądał starzej, młodziej, dorobić mu bliznę czy tatuaż. Mimo wszystko, charakteryzacja w Holy motors gra na plus dla filmu. Po trzecie – muzyka. Ta jest piękna, za każdym razem adekwatna do sceny. Ważna, bo w filmie dialogów nie jest dużo. Moja ulubiona scena z całego filmu to ta, w której grupa muzyków (w większości z akordeonami), pod przewodnictwem głównego bohatera, grają na swoich instrumentach, chodząc po kościele. Uwielbiam dźwięki płynące z akordeonu, nie mogłam więc nie zakochać się w tej sekwencji.


Na plus filmu działa właśnie to, że podzielony jest na sekwencje. Nie zawsze się to sprawdza (dajmy na to, obejrzane ostatnio przeze mnie, żenujące Movie 43), ale w Holy motors sprawdza się idealnie. Są tu bowiem sekwencje dobre i lepsze, takie, które spodobają się każdemu i które spodobają się nielicznym. Jednym słowem – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Mnie film zaczął się naprawdę podobać dopiero około piątej sekwencji. Poprzednie albo mi nie przypadły do gustu, albo były dla mnie średnie.

Świetne jest także zakończenie. Kiedy myślisz, że film już się skończył (w końcu wszyscy aktorzy „zeszli już ze sceny”) pojawia się ta jedna ostatnia scena, która jest surrealistyczna, irracjonalna. Aż nie wiem jak to nazwać. Po prostu wciska w fotel.


Holy motors to film, który należałoby obejrzeć więcej niż jeden raz. I każde kolejne obejrzenie mnożyć będzie kolejne pytania. Ja jeszcze wczoraj, zaraz po obejrzeniu, stwierdziłam, że film jest naprawdę dobry, ale mi się nie spodobał. Dziś, pod koniec pisania recenzji, stwierdzam – film jest naprawdę dobry i w zasadzie mi się podobał. Do tej pory miałam problem z oceną, jak z żadnym innym filmem. Teraz bez problemu mogę ocenić go na 8.

Moja ocena: 8/10

Film obejrzany w ramach akcji Watch&Review.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz