...

niedziela, 26 lutego 2012

Zabójstwo z humorem...



"Dziki cel" to historia samotnego płatnego zabójcy Victora (Bill Nighy) w średnim wieku, który pewnego dnia dostaje zlecenie na piękną młodą złodziejkę (Emily Blunt). Przez to zlecenie zmienia się całe jego życie, bowiem Victor nie dość, że nie zabija dziewczyny to jeszcze w dodatku zostaje jej obrońcą i wciąga w całą sprawę Tony'ego (Rupert Grint) - chłopaka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.


Widziałam komentarze wielu osób, które pisały, że to chłam, że dno, że początek dobry, ale potem się sypie. Według mnie jednak jest to naprawdę dobry film komediowy. Na pewno nie jest to tzw. odmóżdżacz. Dobrze zbudowane postacie, dobry scenariusz. Co więcej mogę powiedzieć.


Chociaż nie lubię Billa Nighy'ego to jednak muszę mu przyznać, że jest naprawdę dobrym aktorem. Rola Victora to zdecydowanie jedna z jego lepszych ról. Nighy świetnie pokazał jak to jest być samotnym zbzikowanym pedantycznym facetem, który nagle "musi" się zmienić. W dodatku przecież to nie może być przemiana całkowita, toteż aktor zostawia swojej postaci parę ważnych i przy tym zabawnych cech z jego dawnego "ja" i nadaje mu kilka zupełnie nowych. Martin Freeman w roli drugiego w kolejności najlepszego płatnego mordercy, w dodatku sadysty spisuje się świetnie. Powiem szczerze, że jego uśmiech mnie przerażał. Rupert Grint, chociaż to bodajże dopiero drugi czy trzeci film poza "Harrym Potterem" radzi sobie dobrze. Widać, że praca z najlepszymi brytyjskimi aktorami przez osiem filmów wyszła mu na dobre i czegoś się przez ten czas nauczył. Emily Blunt jest, jakby to powiedzieć, zabawna. A raczej jej postać jest zabawna, a ona najzwyczajniej w świecie dobrze zagrała. Do filmu zostali wybrani jedni z lepszych aktorów brytyjskich, którzy stworzyli naprawdę dobre kreacje.


Zgodnie ze stwierdzeniem, że krytykować jest łatwo, a trudniej chwalić zakończę tę recenzję, gdyż najzwyczajniej w świecie nie wiem co mogę więcej na temat tego filmu powiedzieć. Chyba jedynie polecić do obejrzenia:) To naprawdę dobry film różniący się bardzo od komedii amerykańskich.

piątek, 24 lutego 2012

Żywy trup...



"Pogrzebany" to historia Amerykanina, który przyjeżdża do Iraku jako pracownik firmy przewozowej. Film zaczyna się w momencie kiedy bohater budzi się zakopany w trumnie, a jedynymi rzeczami jakie przy sobie znajduje są zapalniczka i telefon komórkowy.


I właśnie tak wygląda cały film. Jedyną rzeczą, którą widzimy na ekranie przez ok. 90 minut jest mężczyzna leżący w ciasnej trumnie. Czasami, kiedy zapalniczka gaśnie, nie widzimy nic. Ktoś mógłby pomyśleć: "Przecież ma komórkę, może zadzwonić po pomoc". Jednak nic nie jest tak proste jak się widzowi na początku wydaje. Kiedy włączałam ten film myślałam, że bohatera w trumnie będziemy widzieli tylko chwilami, a film będzie się skupiał na ludziach, którzy próbują go uratować. No bo przecież co może być ciekawego w oglądaniu przez półtorej godziny faceta  trumnie. Nic bardziej mylnego. "Pogrzebany to film, który trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Nadchodzą oczywiście momenty kiedy na chwilę emocje opadają, ale po to by za moment znów nas czymś zaskoczyć i to ze zdwojoną siłą. 


Jako, że film skupia się na jednej osobie ważny był wybór aktora, który poradziłby sobie z tym zadaniem. W tym wypadku reżyser wybrał idealnie. Ryan Reynolds, którego ja pamiętałam jeszcze z czasów "Wiecznego studenta", w ostatnich latach zaczął grać najprzeróżniejsze role, dzięki czemu zdecydowanie podszkolił swój warsztat aktorski. Widać to bardzo dobrze właśnie w "Pogrzebanym". Reynolds nabrał wielkiego doświadczenia. Wcale nie przeszkadza, że aktor musi leżeć niemal bez ruchu w zamkniętej trumnie. Reynolds potrafi pokazać wszelkie emocje bohatera, od załamania poprzez strach, aż do pogodzenia się z losem. Aktor nadaje swojej postaci, tak ważny dla tego filmu, rys prawdziwości, wydaje się całkowicie naturalny w swoim zachowaniu. Dzięki tej roli Reynolds pokazuje, że nie jest jedynie przystojniakiem nadającym się tylko do komedii romantycznych.


"Pogrzebany" to zdecydowanie film z rodzaju tych bardziej ambitnych. To film dla ludzi, którym nie przeszkadza, że na ekranie panuje jako taki spokój, brak biegających ludzi, wybuchów, strzelanin, itp. Dzięki świetnemu scenariuszowi Chrisa Sparlinga, ale przede wszystkim dzięki niesamowitym zdjęciom Eduarda Graua film jest ekscytujący i trzymający w napięciu. Film z pewnością przykuwa uwagę. Obraz Rodriga Cortesa to nie pusta rozrywka dla spragnionych wrażeń wzrokowych. To świetny film pokazujący nam jak działa współczesny terroryzm i jak są na niego przygotowane zachodnie kraje (w tym konkretnym przypadku akurat Ameryka, ale równie dobrze w tej trumnie mógłby zostać uwięziony Anglik czy Polak). Przy całej tej skromności w realizacji z pewnością robi olbrzymie wrażenie.

czwartek, 23 lutego 2012

Mściciel czy zbawiciel?...



"Kaznodzieja z karabinem" to hitoria Sama Childersa (w tej roli Gerard Butler), narkomana, który po wyjściu z więzienia dowiaduje się, że jego rodzina diametralnie się zmieniła i podczas jego pobytu w więzieniu zaczęła wierzyć w Boga i uczęszczać do kościoła. Pewien wypadek sprawia, że i Sam przyjmuje chrzest i zaczyna wierzyć. Jego życie zmiania się jednak w dniu kiedy do kościoła przybywa pastor, który przebywał na misjach w Afryce. Bohater udaje się tam żeby zobaczyć jak to ygląda naprawdę. Kiedy wraca nie jest już tym samym człowiekiem co kiedyś. Po jakimś czasie i splocie kilku wypadków Childers postanawia wybudować w Afryce olbrzymi sierociniec, a następnie staje na czele żołnierzy, których zadaniem jest obrona dzieci po czym zostaje okrzyknięty "kaznodzieją z karabinem".


"Kaznodzieja z karabinem" to film oparty na faktach. Już następny z kolei. Jak już pisałam  którejś z recenzji ostatnimi czasy niemal każdy film oparty jest na faktach lub jakiejś książce. Przez co mam wrażenie, że scenarzystom najzwyczajniej w świecie skończyły się pomysły.


Ale wracając do filmu. "Kaznodzieja z karabinem" ogólnie rzecz biorąc nie jest wcale złym filmem. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest filmem dobrym. Gerard Butler radzi sobie, jak w każdej innej roli, dobrze. Ten facet ma w sobie coś takiego, że w każdym filmie, nawet słabym, wypada nieźle. Nie mówię, że jest tak dobrym aktorem jak na przykład Brad Pitt czy Johnny Depp, ale ma w sobie coś co przyciąga uwagę widza. A do tej roli pasuje idealnie. Pozostali aktorzy raczej pozostają w jego cieniu, pojawiają się na chwilę żeby zaraz zniknąć i pojawić się na nowo dopiro po jakimś czasie. Przez cały czas to Butler jest w centrum uwagi i przyćmiewa wszystkich, niekoniecznie aktorstwem, ale z pewnością, swoją rolą. To on, a raczej bohater przez niego odgrywany, jest tutaj najważniejszy.


Zdjęcia, wykonane przez Roberto Schaefera (faceta od m.in. "Marzyciela"), może nie są pierwszej klasy, ale ich "wygląd" niejako idealnie pasuje do filmu i na pewno nie tworzy z niego filmowego arcydzieła, ale nie zaniża jego poziomu. Pomimo tego, że uważam, że Jason Keller (który tym filmem zadebiutował) jako scenarzysta nie wykazał się kreatywnością spisując praktycznie gotową historię to jednak wielki plus dla niego, bo sobie z nią znakomicie poradził i świetnie przeniósł ją na papier. Reżyser Marc Foster (reżyser także "Marzyciela") za to dostrzegł potencjał tego scenariusza i postanowił przełożyć go na taśmę filmową, co także mu się świetnie udało.


Obejrzenie "Kaznodziei z karabinem" zaliczam do udanych seansów. I pomimo, że niekoniecznie jest to film dla kobiet (o czym świadczy m.in. fakt, że byłam jedyną kobietą w sali kinowej, ale to akurat wina mojego dziwnego gustu filmowego:P) to jednak mi się podobał i wyszłam z kina zadowolona. Co za tym idzie - szczerze polecam:)

wtorek, 21 lutego 2012

Mini-maraton...

Wczoraj wybrałam się do kina z Anią (właścicielką bloga http://filmoweszalenstwo.blogspot.com/ :P) na mini-maraton nowych polskich filmów. Po seansach wyszłam z kina z poczuciem świetnie wydanych pieniędzy i nie najlepiej wydanych pieniędzy. A jako, że strasznie nudziło mi się na dzisiejszym wykładzie z pozytywizmu to postanowiłam napisać co o filmach myślę...


"Róża". Najnowszy film Wojtka Smarzowskiego (twórcy "Domu złego", którego, przyznam się szczerze, jeszcze do tej pory nie miałam okazji zobaczyć) z Marcinem Dorocińskim i Agatą Kuleszą w rolach głównych.

"Róża" to historia Tadeusza - żołnierza, któremu wojna zabrała wszystko, a przede wszystkim ukochaną żonę. Tadeusz wyrusza na poszukiwanie Róży Kwiatkowskiej, żony pewnego Niemca, którego śmierci był świadkiem, a który to poprosiła go, aby oddał jego żonie zdjęcie i obrączkę. Takim sposobem Tadeusz dociera na Mazury, gdzie odnajduje Różę. Za to splot różnych okoliczności sprawia, że zostaje u niej nie tylko na jedną noc.

"Róża" to, moim osobistym zdaniem, polskie arcydzieło. Dawno nie widziałam tak dobrego polskiego filmu. Dorociński w roli Tadeusza jest jak najbardziej przekonujący i pomimo wszelkich przeciwności losu nie jest wcale "biedny" i do końca pozostaje odważnym, już nie żołnierzem, a człowiekiem, który żeby bronić ludzi, których kocha jest w stanie nawet zabić. W dodatku nasz najprzystojniejszy (podobno) polski aktor wcale nie jest tu najprzystojniejszy, co działa zdecydowanie na plus filmu. Dzięki temu jego wygląd nie odrywa nas od postaci Róży, która w końcu jest tu niejako najważniejsza. W roli Róży występuje Agata Kulesza, którą ja osobiście uwielbiam. Kulesza jak zawsze dała z siebie wszystko i jestem skłonna nawet stwierdzić, że z każdym filmem coraz bardziej szlifuje swój warsztat aktorski. Gratuluję reżyserowi doboru obsady bo jest ona idealnie dobrana, wręcz z najwyższej półki. Nawet aktorzy grający właściwie w epizodach to nie jakieś polskie niby-gwiazdki, ale świetni, doświadczeni aktorzy, a więc: Marian Dziędziel, Jacek Braciak, Kinga Preis, Edward Lubaszenko czy Eryk Lubos.

Zdjęcia wykonane przez operatora (swoją drogą wywodzącego się z Łodzi:P) Piotra Sobocińskiego Jr. (syna Piotra Sobocińskiego) są piękne. Właściwie słowa są tu praktycznie zbędne. Obraz mówi nam wszystko. Idealnie ukazane krajobrazy Mazur aż zapierają dech w piersiach. 
W filmie Smarzowskiego nagromadzenie nieszczęść jest momentami aż przytłaczające. Kiedy wyszłyśmy z seansu powiedziałam Ani: "Ten facet miał strasznego pecha w życiu". Dodatkowo film jest niezwykle realistyczny, prawdziwy. Tak prawdziwy, że aż przeraża. I zdecydowanie daje do myślenia.





Drugi film, na który poszłyśmy to "Sponsoring". Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej (jak mówią wszystkie zwiastuny, plakaty, a także czołówka filmu - Małgośki) w kooperacji polsko-francuskiej, z Juliette Binoche w roli głównej.

"Sponsoring" to historia dziennikarki (w tej roli Juliette Binoche), która pisze artykuł o dziewczynach studiujących w Paryżu i uprawiających sponsoring, czyli najzwyczajniej w świecie sprzedają swoje ciało za pieniądze.

Film jest słaby. Dawno już nie wyszłam z kina z poczuciem źle wydanych pieniędzy. Nawet z "Sylwestra w Nowym Jorku" wyszłam bardziej zadowolona (wiem jestem dziwna:)). Juliette Binoche wyciągnięta jakby prosto z żenującej reklamy banku zagrała jak na siebie, bardzo słabo. Widziałam ją w kilku filmach, ale pamiętam ją jeszcze z czasów "Czekolady" i "Angielskiego pacjenta" oraz "Trzech kolorów" Kieślowskiego gdzie była świetna. A tutaj zaskoczyła mnie co najwyżej przeciętnym aktorstwem. Jakoś nie przekonała mnie jej rola. Brakowało mi trochę polskich aktorów. No bo w końcu skoro kooperacja to czemu ich tu tak mało? Była oczywiście Joanna Kulig w dziwnej roli jednej ze studentek, ale, albo mi się wydawało albo polska studentka jakoś mniej się pojawiała na ekranie niż francuska studentka. Była Krystyna Janda w roli matki tejże dziewczyny. Ale Jandę na ekranie widzieliśmy może niecałe pięć minut. No i był oczywiście Andrzej Chyra, na którego to czekałam od samego początku filmu zastanawiając się kogo będzie grał. I pojawił się kiedy już zdążyłam zapomnieć, że w tym gra. I także na pięć minut dosłownie. Tyle, że w dwóch scenach. Jako, jak to było ujęte w napisach końcowych, klient sadysta. Mogliśmy więc go zobaczyć w scenie z jedną z dziewczyn oraz w scenie niemalże końcowej. Ale przynajmniej zagrał świetnie (jak to on). Chociaż nie wiem jak można oceniać czyjąś grę po pięciu minutach na ekranie. Zapomniałabym o największym (według mnie) plusie tego filmu - Anaïs Demoustier. Śliczna dziewczyna, która zagrała wcześniej w kilku francuskich filmach jest dosłownie zjawiskowa. Świetnie pokazuje wszelkie uczucia miotające dziewczyną poprzez radość, ból, strach, do smutku i zrozpaczenia. 

I chyba na tym koniec plusów tego filmu. Bo cała historia jest jak dla mnie trochę naciągana, trochę na wyrost. Zdjęcia także nie były jakoś szczególnie dobre, chociaż robił je Michał Englert, którego zdjęcia zachwyciły mnie w "33 scenach z życia" i "Skrzydlatych świniach".W dodatku cała historia była przedstawiona niechronologicznie i w taki sposób, że ciężko było sobie jakoś to wszystko chronologicznie poukładać.

Podsumowując. "Róża" - jak najbardziej. "Sponsoring" - nie odradzam, ale ostrzegam, że mogą to być pieniądze "wyrzucone w błoto".

środa, 15 lutego 2012

Jak zostać szpiegiem...




"Szpieg" to "doskonały" (The Spectator), "olśniewający" (The Wall Street Journal), "dwugodzinny orgazm" (Filmweb). Kiedy przeczytałam to zdanie wiedziałam, że muszę zobaczyć ten film. Kiedy wyszłam z seansu byłam pod wrażeniem. Każde wyrażenie z tego zdania to całkowita prawda. Bo "Szpieg" to doskonały, olśniewający dwugodzinny orgazm.

"Szpieg" pokazuje nam MI6 (dla tych co nie wiedzą MI6 to tajna brytyjska służba wywiadowcza) w momencie kiedy okazuje się, że działa w niej zakonspirowany podwójny agent, który ma dostęp do wszystkich najbardziej tajnych danych brytyjskiego wywiadu. George Smiley, jeden z byłych agentów, zostaje więc poproszony o rozpoczęcie śledztwa, które ma na celu ujawnienie kreta. Smiley ujawni największy skandal w historii MI6.


Film jest boski. Doborowa obsada, boskie zdjęcia, świetnie wyreżyserowane. Tomas Alfredson (twórca świetnego szwedzkiego "Pozwól mi wejść") spisał się na medal. Film otrzymał tylko trzy nominacje do Oscarów (dla najlepszego aktora, scenariusza i muzyki), ale za to w pełni zasłużone.


W obsadzie najlepsi brytyjscy. Gary Oldman jako George Smiley pokazuje nam wszystko co potrafi. Buduje tragiczną postać faceta, który już się starzeje, ma za sobą nieudane życie, nikt go nie chce. Jedyne co mu pozostało to niewairygodna zdolność tropienia. Dlatego też Smiley jest idealną osobą do znalezienia kreta. Poza tym Colin Firth, John Hurt, Toby Jones i Mark Strong jako "elita" szpiegów.


Cały film zbudowany jest na ciszy. Najpiękniejsze są właśnie te momenty ciszy, które niestety kiedy byłam w kinie przerywali mi komentujący ludzie. Film płynie powoli, ale się nie ciągnie. Spokój od czasu do czasu przerywają naprawdę krótkie, ale jednocześnie bardzo intensywne "wybuchy" akcji. Te dwie godziny mijają i nawet nie zauważasz kiedy. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do kina szpiegowskiego, w którym przez znaczną część filmu widzimy wybuchy, strzelaniny i pościgi. "Szpieg" to kino interesujące, intrygujące, olśniewające i piękne.

wtorek, 14 lutego 2012

Jak zostać prezydentem...



Jest mi przykro. Naprawdę. Bo niesamowicie zawiódł mnie ten film. A tak się na niego nastawiłam. No bo super aktorzy i wszystko. A tu dupa. Flaki z olejem. Koszmar. Kiedy po godzinie nadal nie stało się nic ciekawego już mnie świerzbiła ręka żeby go wyłączyć, ale jako, że każdy film oglądam do końca to wytrwałam.


„Idy marcowe” to historia 30-letniego Stephena (w tej roli świetny Ryan Gosling), który zajmuje się kampanią gubernatora startującego w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oczywiście Stephen jest młodym geniuszem, którego wszyscy podziwiają i którego konkurencja pragnęłaby pozyskać dla siebie. Facet spotyka się więc z szefem sztabu wyborczego przeciwnika żeby z nim porozmawiać. I w tym momencie zaczynają się jego kłopoty, z których nie wiemy do końca tak naprawdę czy wyjdzie obronną ręką.


Przeczytałam gdzieś recenzję tego filmu, która zaczynała się od słów mniej więcej takich: „Ten film trzyma w napięciu do ostatniej minuty”. Niestety przez całe półtorej godziny miałam wrażenie, że oglądałam zupełnie inny film niż pozostali ludzie. Trzyma w napięciu? Jasne. Siedziałam przez cały film w napięciu czekając żeby wreszcie stało się coś co zwróciłoby moją uwagę na tyle żebym przestała siedzieć w napięciu i rozmyślać nad tym czy film wyłączyć czy nie.


Nie wiem czy to wina scenariusza, czy to wina reżysera. „Idy marcowe” to film co najmniej słaby. Zastanawiam się teraz tylko czemu niby ten film dostał nominacje do Oscara za scenariusz. Bo może i pomysł dobry i z potencjałem, ale film słaby. Chociaż może to wina reżysera, który może za bardzo skupił się na swojej roli i zapomniał, że miał nakręcić coś dobrego.


Jedyne co mogę pochwalić to gra aktorów. Ryan Gosling w głównej roli – niesamowity. Pokochałam tego faceta już w „Pamiętniku”. Z trudem przebrnęłam przez słaby „Słaby punkt”, ale za to z jego świetną grą aktorską. Po „Drive” zaczęłam się zastanawiać dlaczego ten facet nie dostał nominacji do Oscara za swoją rolę. Po obejrzeniu „Id marcowych” ponawiam moje pytanie: dlaczego ten facet nie dostał w tym roku nominacji? Został bardzo pokrzywdzony bo aktorem jest naprawdę świetnym i widać, że z filmu na film się rozwija. Cieszmy się – nareszcie mamy aktora młodego pokolenia, który nie dość, że dobrze wygląda to jeszcze świetnie gra. Kto mi jeszcze utkwił w pamięci? Oczywiście George Clooney w roli gubernatora Morrisa. Chociaż po obejrzeniu dużej ilości filmów z Clooneyem w roli głównej jest już dla mnie niemal całkowicie przewidywalny to jednak zawsze miło mi się go ogląda (i to nie tylko ze względu na wygląd). Kto jeszcze zapadł mi w pamięci? Hmm… Trzy osoby, które jak najbardziej trzymają poziom już od wielu wielu lat i zawsze miło je na ekranie zobaczyć – Philip Seymour Hoffman, Marisa Tomey i Paul Giamatti. Jedyną osobą, która mnie zawiodła jest Evan Rachel Wood, od której niestety nieco więcej wymagałam po obejrzeniu jej poprzednich filmów.


Już dawno nie czułam się tak zawiedziona filmem. I to w dodatku z tak doborową obsadą. Niestety, mam wrażenie, że Clooney wybrał takich, a nie innych aktorów w celu zamaskowania wszelkich braków. Bo gdyby nie oni wszyscy to chyba jednak złamałabym swoje postanowienie i wyłączyłabym film po niecałej godzinie.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Życie nie do końca zwyczajne...



Film "Och, życie" opowiada historię dwójki ludzi (Holy i Erica), którzy zostają przez swoich przyjaciół umówieni na randkę w ciemno jednak nie przypadają sobie do gustu. Niestety ich przyjaciele pobierają się, a następnie rodzi im się córeczka, a na chrzestnych wybierają Holy i Erica. Kilka dni po tym jak dziewczynka kończy roczek jej rodzice giną w wypadku. Jednak na szczęście rodzice zaplanowali już wcześniej komu powierzyć opiekę w razie śmierci. Na opiekunów wybrali nikogo innego jak znienawidzoną parkę. Od tej pory Holy i Eric muszą zamieszkać razem i zacząć się dogadywać na tyle żeby wychować dorastające dziecko.

Chociaż znamy zakończenie filmu jeszcze zanim zaczniemy go oglądać, to jednak "Och, życie" to komedia romantyczna, którą zdecydowanie warto polecić. Przynajmniej moim zdaniem. Historia jest niebanalna, bo nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek widziała film oparty na podobnym scenariuszu. Aktorzy dobrani idealnie. Katherine Heigl, którą bardzo dobrze znamy z "Chirurgów", znowu zagrała w komedii romantycznej i znów sprawiła, że ta komedia jest dobra. Choć nie przepadam za jej wyglądem to jednak bardzo lubię filmy z jej udziałem i miło mi się na nią patrzy. Sądzę jednak, że nie pokazała nam jeszcze wszystkiego na co ją stać i, co za tym idzie, może powinna spróbować przynajmniej zmienić repertuar żeby wreszcie wykazać się w innej roli niż nieśmiała, zakochana blondynka. Josh Duhamel także pokazał swoją dobrą stronę. Bardziej podobał mi się tutaj niż w niedawno wyświetlanym "Sylwestrze w Nowym Jorku". Czyżby się cofał? Nie podobał mi się za to w ogóle Josh Lucas, który był za mało wyrazisty jak tę rolę. Sądzę, że powinni wybrać do tej roli innego aktora, który na pewno zagrałby Sama o wiele lepiej. Przez Lucasa postać ta jakoś znika chociaż jest dosyć ważna dla fabuły. Ale to chyba akurat cecha jego aktorstwa bo nie podobał mi się w żadnym filmie, w którym go widziałam.

To nareszcie godna polecenia komedia romantyczna. Miewa słabsze momenty, ale przez większość filmu śmiałam się do rozpuku. Reżyser świetnie radzi sobie z problemami i miłosnymi zawirowaniami pary. Wszystkie znane z innych komedii romantycznych chwyty zostały z wyczuciem wplecione w fabułę w taki sposób, że przez większość czasu nie zwraca się na nie uwagi i ma się wrażenie, że ogląda się naprawdę inteligentny film. Wszystko to połączone w jedno sprawia, że kiedy kończymy oglądać film jesteśmy naprawdę zadowoleni i nie mamy poczucia straconych dwóch godzin życia, które moglibyśmy przeznaczyć na obejrzenie czegoś lepszego. Nareszcie za zrobienie komedii romantycznej wziął się ktoś, kto potrafi to zrobić inteligentnie, z wyczuciem i przede wszystkim dobrze.

niedziela, 12 lutego 2012

Pięć pierwszych randek...



Kolejny film z aktorami, których dobrze znamy już z „Mojego wielkiego greckiego wesela” oraz „Mojej wielkiej greckiej wycieczki”. Nie lubię oglądać filmów z tymi samymi aktorami, bo zawsze mam wrażenie, że to kolejna część z cyklu, a tu się okazuje, że wcale nie. Scenarzysta (Nia Vardalos) posuwa się nawet do tego, że nie potrafi wymyślić nowych imion dla bohaterów przez co bohaterowie w każdym filmie nazywają się tak samo, grają ich ci sami aktorzy, a ty siedzisz na kanapie przed telewizorem i zastanawiasz się „dlaczego ona się z nim rozwiodła, założyła kwiaciarnię i teraz udaje, że go nie zna?”. W każdym razie – kolejna część to nie jest, podobnie jak nie jest to rewelacyjny film.
Genevieve (Nia Vardalos) prowadzi kwiaciarnię. Odkąd jej ojciec zdradził matkę i ją zostawił postanowiła, że ona nigdy nie będzie cierpiała przez faceta. Wymyśliła sobie system pięciu randek. Z każdym mężczyzną spotyka się nie więcej i nie mniej niż na pięciu randkach, a potem się rozstają. Ale na horyzoncie pojawia się Greg (John Corbett). Przystojniak, który kupuje restaurację naprzeciw kwiaciarni. I zabawa się zaczyna.
Ale tylko teoretycznie, gdyż z powodu kiepskiego scenariusza film nie jest ani zabawny, ani wzruszający, ani zbyt ciekawy. Możesz go obejrzeć jeśli ci się nudzi (tak jak mnie) albo jeśli lubisz tych aktorów (mnie osobiście oni wręcz odpychają), ale z żadnego innego powodu. Jeśli po tytule spodziewasz się, że to nareszcie nie będzie kolejna głupia komedia romantyczna oparta na tych samych wydarzeniach i stereotypach co każda inna to się grubo mylisz. Po obejrzeniu 20 minut filmu już wiedziałam jak się skończy.
Scenariusz nie zachwyca oryginalnością, ale także dobór aktorów jest wręcz okropny. Może uważam tak dlatego, że ich po prostu nie lubię, ale uważam, że nie da się wysiedzieć kiedy widzi się ich na ekranie. Chociaż akurat tych ról raczej nie mógłby zagrać nikt inny. Podejrzewam, że może nawet by nie chciał.
Ogólnie film nie jest za ciekawy. Dowodzi tego, że nie każdy aktor powinien się brać za pisanie scenariuszy i reżyserowanie. Niektórzy się do tego po prostu nie nadają. Tak jak na przykład Nia Vardalos. Obejrzałam ten film do końca tylko dlatego, że zawsze oglądam wszystkie filmy do końca (nawet najgorsze) i dlatego, że najzwyczajniej w świecie mi się nudziło. Nie polecam go nikomu, a tym bardziej nie singielkom, które opłakują właśnie rozstanie z facetem i wydaje im się, że film o tytule „Nie cierpię Walentynek” ukoi ich ból lub przynajmniej je trochę rozśmieszy.